Ogień nie pozwala się kontrolować. Płonie, kiedy chce, gaśnie, kiedy chce, zmienia kształt z sekundy na sekundę. Żeby go sfotografować, trzeba nie tylko warsztatu, ale i cierpliwości, refleksu, a czasem zwykłego szczęścia. Siarhei Marozau udowodnił, że potrafi to wszystko połączyć.

Wieczór pełen ognia
Wernisaż wystawy „Ujarzmiony żywioł” zgromadził miłośników fotografii, którzy przyszli zobaczyć, jak wygląda ogień zamknięty w kadrze. I nie byli rozczarowani. Siarhei Marozau zaprezentował zdjęcia, od których trudno było oderwać wzrok – pełne energii, emocji i intensywnych barw.
Autor nie ograniczył się do samej prezentacji. Opowiadał o kulisach powstawania poszczególnych kadrów, o tym, co dzieje się po drugiej stronie obiektywu, gdy przed nim szaleje żywioł. Te opowieści nadały zdjęciom dodatkowy wymiar. Patrząc na gotową fotografię, rzadko myślimy o tym, ile prób, ile czekania i ile spalonych ujęć dzieli fotografa od tego jednego kadru, który trafia na wystawę.
Wieczór upłynął w atmosferze, w której mieszały się rozmowy o technice, o sztuce i o tym, gdzie kończy się dokumentacja, a zaczyna twórczość. Były inspirujące dyskusje, pytania z sali i ta szczególna energia, którą daje spotkanie ludzi złączonych wspólną pasją.


Wystawa wciąż otwarta
Tych, którzy nie dotarli na wernisaż, zachęcamy do odwiedzenia wystawy w restauracji Barley. „Ujarzmiony żywioł” wciąż czeka na swoich odkrywców.
Dziękujemy Siarheiowi Marozavowi za porywającą prezentację. Dziękujemy wszystkim, którzy spędzili z nami ten wieczór. I dziękujemy Natallii Marozavej oraz Piotrowi Niedźwiedziowi za dokumentację fotograficzną wydarzenia.


